Kultura techno od samego początku swojego istnienia miała w sobie coś z dionizyjskiego święta. Cała otwartość i głośność najprostszych, a jednocześnie najsilniejszych impulsów, które towarzyszyły pierwszym uczestnikom underground`owego ruchu rave opierała się na przeciwstawieniu się racjonalnej kulturze. Młodzież w Anglii, czarna młodzież Detroit widziała w rave (w techno) to, co kultura od wieków starała się zwalczyć. Model appoliński, racjonalistyczny, poważny zawsze kolidował z modelem dionizyjskim. Ale nowoczesna i ponowoczesna kultura wytworzyła nowe mechanizmy. Mechanizmy te mogłyby głównie polegać na oswojeniu chaotyczności i buntowniczości wszelkich nowych ruchów. To oswojenie przeżyły po kolei wszystkie możliwe ruchy muzyczno-artystyczne... Ciekawa jest tylko jedna rzecz: czy rodząca się kultura rave (postkultura) mogła zostać jakoś oswojona? Dziś odpowiedź jest oczywista, została oswojona i jak to określają francuscy myśliciele, zgwałcona przez pop. Ale na ile da oswoić się neurotyczne i odnoszące się, w głębi zawsze do ekstazy, techno? Czy komercjalizowany, krok po kroku, rave może być zaakceptowany przez społeczeństwo ponowoczesne? Przez społeczeństwo upojone tanią telewizyjną iluzją? Przez społeczeństwo o mieszczańskim charakterze? Naturalnie zjawiska pokroju LoveParade odsyłają do refleksji nad potrzebą wielkiej dionizji, w celu oczyszczenia. Dziś wszyscy są na ekstazie, dziś wszyscy oddają się rozkoszy empatycznej zabawy i tańca, po to, by przez cały rok pracować, walczyć i żyć w cieniu ograniczenia.
Być może odpowiedź kryje się gdzieś na stronach historii, jaka się potoczyła. Mała ewolucja nowej muzyki, już rozbudowała kolejne piętra. Niedostępne dla wszystkich, a jednocześnie dobre dla wszystkich, którzy dotrą do niej; młodzieży znudzonej buntem, młodzieży znudzonej zaangażowaniem, ale i dla ludzi chcących nowego w opakowaniu tego, co już znają, wszechobecnego niczym oko wielkiego brata popu.
Przenosząc problematykę oswojenia hydry techno skupiamy wreszcie uwagę na naszym mieście, na kulturowo-społecznej niszy miasta pierników. Scena toruńska; historia prawie zamykająca się w 10 latach. Techno z kilkoma swoimi odmianami stało się częścią życia kulturalnego miasta Torunia. W perspektywie wstępnych słów rysuje się pytanie: Jak wygląda techno dziś po kilku latach, po oswojeniu? Czy ludzie wciąż traktują je, jako coś szczególnego czy raczej wybierają je, niczym kolorowy produkt w supermarkiecie? Ale moje uwagi biegną jeszcze trochę dalej, w głąb lokalu. Jak postrzegane są narkotyki, na ile są jeszcze jednym ze środków, na ile zwykłym elementem techno? Przecież jeśli kiedykolwiek techno miała być oswojone, to razem ze swoją nieodzowną stylistyką, wraz ze swoimi hedonistycznymi zapędami, razem z ległymi u jej podstaw narkotykami. Jak więc oceniać to, co widzimy dziś? Czy mamy do czynienia nadal z czymś innym, czy Ci, którzy chodzą na house, drum`n`bass, olskool wciąż traktują to inaczej niż dyskotekę w kotłowni? W tym momencie narzuca się dodatkowo cała masa spostrzeżeń i kwestii? Ale nie interesuje mnie, ani podejście ludzi nie rozumiejących o co chodzi, ani chwilowo fakt, oswojenia trendu techno. Wszak w central też grają techno, przecież wszędzie grany jest teraz house... Ale czy młodzież zafascynowana drum`n`bassem, upalona w takt mocnego break-beatu wciąż ma pojęcie dlaczego jest właśnie tu, a nie gdzie indziej? Być może Toruń jest zbyt hermetyczny, być może jednak to za małe miasto, może ta refleksja nie może się w pełni zrealizować? Chodzi przecież o pojęcie, o miejsce w kulturze? Jak to jest, że dla jednych muzyka jest niczym nektar, delektują się nią, szanują, przepływa przez nich i to zabiera ich tam gdzie nie dochodzą ludzie z potańcówki-najebki? Zarzutu nie ma także do tych, którzy uczestniczą razem z dymem w nowym brzmieniu, nie ma do tych, którzy czując dreszcze, szybko myślą, tańczą, bo wiedzą że, tableta nabrała już rozpędu czy speed już wszedł. O taniec, o euforię chodziło od początku. Nie było mowy o modzie, bo może tłem dla tych słów pozostaje kwestia mody. Wiadomo modny jest hip-hop, modne jest techno. A gdzieś po drodze, nagle, modne stały się narkotyki... Ale tu już wyraźnie rysuje się sprzeciw społeczny. "Narkotyki Nie biorę!" To nie jest takie proste, bo narkotyki są modne, odniesienia pośrednie i bezpośrednie są wszędzie; w reklamie owocowego napoju, w teledysku mega-gwiazdy-nastolatki, w grze komputerowej, na billboardzie. Zaraz, gdzieś się pogubiłem, jak jest? Prawo zabrania oficjalnie pod groźbą kary tego, co z drugiej strony samo wprowadza? No więc, jak z tym oswojeniem? Może przykład Japonii, gdzie techno jest bardzo modne, gdzie także występuje na dwóch płaszczyznach: poważnej jazdy i klub-headsowej łomotaniny? Tam jednak o narkotykach masowo zażywanych na imprezie rave nikt nie słyszał. Japończycy tego nie potrzebują, inna kwestia, że w Japonii narkotyki nigdy nie stawały się atutem modnego stylu życia. Bo trzeba pamiętać, że tablety wrzucają u nas wszyscy, speed sypie większość, a palenie jest dobre nawet dla dzieciaków. A Warszawa cała jest na cracku. Nie mam zamiaru panikować, nie jestem moralistą, nie bije na alarm, mnie zajmuje inna kwestia, jak to się stało? Kiedy? I na ile udział w tym miało stopniowe oswajanie techno?
Wcześniej padło hasło mody, ale nie trzeba zajmować uwagi płycizną. Moda zniknie, wejdzie nowa, moda znowu urodzi nowego bohatera. Być może już jutro nie będzie nim DJ? Ale czy wciąż modne będzie zarzucenie, zbakanie, sypnięcie? To wszystko zmieniało się tak szybko; w 1997 czy 1998 roku Baza nie mieściła w sobie ludzi o sprecyzowanym i wyrafinowanym celu, pamiętam byli tam studenci, tak studenci, była tam oczywiście cała masa innych ludzi. Ludzi, którzy do dziś zaglądają na imprezy. Ale wyraźne było, że studenci nie byli jeszcze wtedy frajerami. Byli to ludzie o ogromnej sile, o otwartych umysłach, bunt rysował się zawsze na ich twarzach. Wtedy oglądając to oczami licealisty wierzyłem, że techno/rave to nowa forma wolności umysłu. Ludzie palili, ludzie zarzucali różne rzeczy, nie pragnę oceniać czy było to dobre, czy było tego więcej czy mniej. Istotne jest, że to było prawdziwe. Wtedy nawet jeśli narkotyki stawały się głównym środkiem, nie stawały się jeszcze celem. Chodziło o novum, o wyrwanie się z ramy. Moda wchodziła, ale była niezrozumiała i jeszcze w niszy. Czas pobiegł dalej, kultura zrobiła swoje, pop do kogoś się dobrał i zgwałcił niejedno nowe brzmienie. Dziś house jest w co drugim klipie na vivie, a coraz częściej słychać nawet 2step w tle, kiedy śpiewa o miłości, tęsknocie i "tamtym razie" kolejna sklonowana barbi-dziewczyna, z makijażem oczywiście w stylu modern-techno-brałam-coś-dzisiaj-weź-i-ty!. No a do tego należy podkreślić, że narkotyki stały się biletem wstępu na imprezę. Perspektywa tego, co się dzieje zawsze pozostaje ta sama. Ktoś zarzucający zgorzkniałość, może powiedzieć, jasne kiedyś to były imprezy. Ale osoby odkrywające dziś w techno, choćby ułamek tego, co jest tam prawdziwego, są szczęśliwe zastając dzisiejszą imprę. To dobrze, niech kultura idzie dalej, niech zabierze z sobą tych z płycizny mody. Zupełnie okazyjnie warto zauważyć, że takie zdarzenia już mają miejsce? Powoli kończy się uwielbienie dla oldskoola, ale to tylko refleksja nad zupełnie inną bajką. Wracając do sedna, tylko jakoś w Toruniu z dobrą imprezą coraz trudniej. Kiedy ostatni raz było tu coś dobrze zorganizowanego, co zebrało dużo ludzi wszelkiego (naturalnie nie dopakowanego sterydami)rodzaju, z nowym repertuarem muzy i z respektem płynącym od DJki na dancefloor i z powrotem? Główny wątek tonie w ilości informacji do przekazania, do skomentowania. Czy muzyka techno, z całym inteligentnym repertuarem potrzebuje od jej słuchaczy narkotycznej używki? No...to się jeszcze okaże...sami wiecie, jak jest najlepiej, czyż nie?
CDN ...wszelkie uwagi/komentarze kierujcie do mnie, wspólnie jakoś to określimy...
|