Poniżej chciałbym przytoczyć artykuł, który jest przedrukiem z drugiego numeru pisma ZERO, które ukazało się na przełomie listopada i grudnia 1997. Artykuł ten został napisany przez Dr. MARCELO (może znacie go, między innymi z zespołu PROTOPLAZMA, w którym jest on główną postacią, a zespół ten w swojej twórczości przetwarza różne formy muzyki elektronicznej, według mnie dosyć ciekawie, dodając do tego specyficzną formę przekazu słownego). 1997 rok to trochę dawno temu, ale jest to artykuł, na który, z tego co się orientuję, niewiele osób natrafiło, a opisuje on KAMIKAZE SOUND SYSTEM, niezwykle intrygującą grupę osób (artystów), robiących ciekawe rzeczy i grających przy okazji świetną, ciężką, mroczną, muzykę (głównie FRENCH HARD CORE, ale także DRUM’N’BASS - jakże różny od znanego z większości polskich imprez, HARD TEKKNO i inne odmiany ostrych dźwięków).
Z cyklu "ciekawe sound systemy", Centrum Akceleracji Interpolarnej przedstawia SZAMANI Z KOMPUTERAMI.
Ostatnia Love-Parada była, jaka była - niektórzy narzekali, niektórym odpowiadało. Mnie się wydaje, że dwa lata temu atmosfera była jednak zdecydowanie mniej brutalna i chamska. Wydarzenie jak wiadomo nastawiło się maksymalnie na zysk. Tak, niestety, degeneruje się z czasem niemal każda piękna idea. Nie dziwota, że powstała równolegle alternatywna HATE-parada i przeróżne inne SHIT-parady.
Ja jednak tego samego wieczoru, zupełnie przypadkiem, znalazłem się wraz z grupą friendów i drugą połową E-1500, Luną Latex, na imprezie, której nie opisze nikt, kto zechciałby opisać imprezy w znanych klubach - na imprezie artystów, których powyższe problemy zupełnie nie obchodzą, ponieważ są naprawdę ultra niezależni i w dodatku nie nastawieni na zysk. Poza tym okazało się, że już ich znam z wcześniejszych imprez, które nazywa się zazwyczaj tribal-party. I okazało się, że ten przypadek nie był wcale takim przypadkiem...
KAMIKAZE SOUND SYSTEM, na który właśnie trafiliśmy, to znana w specyficznych kręgach ekipa, która od kilku lat generuje wyłącznie nieoficjalne i absolutnie akomercyjne imprezy, na które, aby trafić, należy okazać minimum wysiłku i poświęcenia. Ich sound-systemy są bowiem zawsze zlokalizowane w tajemniczych i trudno dostępnych miejscach - opuszczonych kamienicach, fabrykach, magazynach, w lasach, na bagnach... (no, może z bagnami to przesada). Imprezy są oczywiście nielegalne.
Kontakt, jaki podają zainteresowanym, to jedynie data i numer telefonu. O miejscu spotkania można się dowiedzieć dopiero w przeddzień imprezy (chroni to skutecznie przed wszelkimi niepowołanymi gośćmi).
Uświadomiłem sobie, że to już trzeci raz w moim życiu mogłem nasycić swe oko i ucho blaskiem i bitem KAMIKAZE SOUND SYSTEM. Warto więc wspomnieć ich poprzednie techno-systemy, na których byłem, oraz innych Polaków.
Pierwszy raz zetknąłem się z KAMIKAZE w czerwcu1996 roku. Impreza odbywała się w środku lasu, 30 kilometrów na południe od Berlina, w opuszczonej bazie wojsk ZSRR, nieopodal miasteczka Zossen. Ta konkretna część bazy była szpitalem polowym i mieściła się tam radiostacja.
Impreza i samo miejsce wywarły na nas duże wrażenie. Otarliśmy się o coś, co w formie plemiennych, techno-szamańskich festiwali znane jest od lat z wysp brytyjskich...
Gdy najpierw przejeżdżaliśmy przez Zossen, ujrzeliśmy wymarłe miasto, puste bloki, duże sklepy z powybijanymi szybami i napisami DDIAOENU lub MRARCCI, domki, małe pałace. Mieszkali tam zapewne oficerowie i ich rodziny.
Do bazy wiodła z Zossen wąska, asfaltowa droga, z której później należało odbić w las (informowała o tym ledwo widoczna mikro-strzałka - "strzałka dla niewidomych" - pomyśleliśmy). Droga przez las powoli zanikała, aż oczom naszym ukazała się BAZA.
Baza wojskowa wyglądała tak: Kilka drewnianych baraków, w których stały łóżka i unosił się zapach lekarstw, dalej hangary, bunkry i betonowy budynek radiostacji z wysokim masztem nadawczym.
Na dzień dobry przywitał nas walący w serce bit w rytmie 170 bpm, czyli ściana dźwięku z dwóch ukrytych wśród drzew soundsystemów. Zwierzęta zdecydowanie opuściły las na weekend. Myślę, że krety jednak zapamiętają te trzy doby do końca życia - bowiem muzyka waliła non stop przez trzy doby.
Miłe wrażenie wywiera nagłe znalezienie się wśród nieco już sfazowanych osób. Trochę jednak niepokoju i emocji wzbudza obserwacja sfazowanej osoby, wdrapującej się po zewnętrznej stronie na sam czubek masztu nadawczego, przy dźwiękach techno, oczywiście. Warto było jednak samemu się wdrapać, ponieważ wśród równego jak stół oceanu drzew iglastych, widoczna była na horyzoncie, malutka jak szpilka, wieża w Berlinie. Poza tym maszt trochę się chybotał (zardzewiała, ruska konstrukcja nie wzbudzała zaufania). W dole walił non-stop niski, mocny bit. Dźwięk roznosił się na całą okolicę. Pogoda była piękna. Miła muzyka i dreszczyk emocji - to jest to!
Soundsystemy, jak wspomniałem, były dwa. Jeden należał do właściwych KAMIKAZE z Berlina. Ukryty pod dachem w betonowym hangarze, pulsował światełkami. Drugi francuski, został postawiony po prostu w lesie, na polanie. Oba były niezgorsze i oba emitowały przez wspomniane trzy doby podobny w klimacie, jednostajny, techno-hardcorowy bit w rytmie oscylującym około 170 bpm. Francuski był nieco bardziej transowy. Didżeje puszczali sound z płyt winylowych, ale na stanowisku francuskim zauważyłem komputer i parę elektronowych zabawek, więc musieli być też sidżeje . Jednak, kręcąc się po okolicy, nie zauważyłem żadnych różnic, więc jako fan live-actów, nawet nie wiem, kto i kiedy na tym grał. Nawet wtedy gdy spałem na górce pod sosną, przy ognisku, a tam właśnie fale dźwiękowe obu sound systemów w naturalny sposób się miksowały bez wytchnienia. Były chwile, że miałem ochotę znaleźć sobie zaciszne miejsce do spania. Ale w okolicy zacisznego miejsca nie było. Z techno nie ma lekko. Z techno nie ma przebacz... Na drugi dzień zacząłem rozumieć tą prostą odmianę hard-cora... (choć dotychczas nie należała do moich ulubionych)...
Miłym akcentem KAMIKAZE są scenografie. Pomalowane tkaniny w ładne, opartowe historie i slajdy puszczane na ekran.
Uczestnicy zabawy ciekawie wykorzystali znalezione w okolicy sprzęty. Spali w lesie na szpitalnych łóżkach, które powynosili z baraków. Z wraków samochodów, których sporo waliło się po okolicy, powynosili wygodne fotele. Nam podobały się elementy urządzeń nadawczych, porozrzucane na kupach złomu. W bunkrze znaleźliśmy napełnione gaśnice i centralę telefoniczną. Wokół zalegały ogromne łuski po pociskach.
Następnego dnia nad ranem, zauważyłem na maszcie nadawczym osoby z obrotowymi flexami, które odcinały wszystkie te piękne anteny, również paraboliczne. Jak się później okazało, ekipa zapragnęła przystroić sobie nimi stare, ale jare, ciężarówki.
Trzeciego dnia opuściliśmy imprezkę. Zastanawiałem się kiedy w końcu ściszą muzykę. A poza tym, pomyślałem - przez trzy doby ktoś musiał cały czas dolewać benzyny do agregatów.
Tydzień po imprezie przyjechaliśmy raz jeszcze zobaczyć to miejsce, tym razem w zupełnej ciszy i bez ludzi. Zwierzęta zdawały się powoli wracać z przymusowego urlopu...
Wkrótce po tym wydarzeniu ekipa KAMIKAZE wyjechała na cały lipiec do Czech. Słyszałem, że było nieźle. Później, gdy oglądałem ich rodzinne fotki, dowiedziałem się, że resztę wakacji spędzili w krajach Beneluxu i w Hiszpanii.
Kolejny ich soundsystem, na którym się znalazłem późną jesienią zeszłego roku, nazywał się BETON-PARTY, ponieważ został usytuowany w remontowanej akurat kamienicy w Berlinie wschodnim, którą skuto od wewnątrz do stanu surowego. Impreza była o tyle pół-legalna, że znajomy z firmy remontowej zezwolił na skorzystanie z lokalu. W końcu, mimo wszystko, w środku nocy, nastąpiła interwencja policji - zieloni panowie kazali jednak tylko przyciszyć dźwięki w sali od ulicy. Byli nawet sympatyczni.
Impreza odbywała się na kilku piętrach. Na samym dole funkcjonował prowizoryczny bar, wyżej, pomiędzy piętrami, obracające się, świetliste kryształy i projektory do slajdów, a na górze dwa soundsystemy. Tym razem jednak jeden analogowy (ten od ulicy), z muzyką taką, jak zwykle, i ku mojej radości, drugi całkiem komputerowy. Przy tym komputerowym nieźle sobie zagibałem, choć pomieszczenie było ciasne - jak duży pokój w bloku, ludzi kupa, z podłogi unosił się pył, a na dodatek sidżeje puszczali masę dymu z maszyny. Ogólnie jednak bardzo przyjemna atmosfera i sympatyczna, szybka, transowo-cyfrowa pulsacja (coś powyżej 170 b.p.m.!). Zapoznałem jednego z dwóch sidżejów, znanego CJ Alexa.
Ostatnia z imprez KAMIAZE, ta w dzień tegorocznej LOVE-PARADY, nie odbiegała jakościowo od poprzednich. Dodam tylko, że poznany przypadkiem koleś prowadził nas na nią w nocy przez najdłuższy tunel-klatkę dla pieszych w Berlinie, a potem przez jakieś zasieki i płoty (po ciemku) i cały czas nie wiedzieliśmy w zasadzie, gdzie idziemy.
Tym razem party mieściło w starym, murowanym magazynie, a właściwie w jego piwnicach. Istotnie, na górze budynek mógł się zawalić, a poza tym echo niosło się po okolicy. Jak później spojrzałem na mapę, magazyn znajdował się na terenie jednego z silniej zindustrializowanych kompleksów magazynowych Berlina wschodniego. A tunel każdy z państwa może sobie wciąż obejrzeć - stacja S-Bahnu nazywa się Storkower Str. Magazyny natomiast wyburzają i budują nowe, więc radzę się spieszyć.
Tym razem była tylko jedna ściana głośników, dobrze mi znanych z namalowanych na nich wzorów. Muzykę puszczał didżej z Hiszpanii. Nazwiska nie podam. Zorientowałem się cudem, że na początku leciał ostro przetworzony DAFT PUNK. Mogę przysiąc, że mało kto by rozpoznał.
Imprezy KAMIKAZE są zawsze za darmo. Pieniądze zarabiają we wszelki inny możliwy sposób: na przykład na piwku i nie tylko, na sztuce rzemiosła (kilku z nich spawa stalowe reklamy na zamówienie), na dowożeniu gości na miejsce, etc. Wiem jedno. Nie pracują w fabrykach i zakładach pracy. Pieniądze zresztą potrzebne są głównie na benzynę i opłaty za ich ogromne pojazdy, bo jak wiadomo, sprzęt i jedzenie w kraju kwitnącej gruszki są bardzo tanie.
KAMIKAZE generują imprezy mniej więcej co miesiąc. Są w tej szczęśliwej sytuacji, że mogą sobie pozwolić na podróże z tymi wszystkimi gratami po całym kontynencie i nie są zależni od źródła prądu. Tak zresztą spędzają czas. Ekipa to ludzie różnych narodowości, ale głównie Niemcy.
Imprezy tego typu posiadają ważną cechę: integrują ludzi, którzy naprawdę czują potrzebę powrotu do plemiennej tradycji. Bez niej jakoś cywilizacja schamiała. Tradycja takich plemiennych imprez w Europie Zachodniej jest naprawdę spora. Szamani zaopatrzeni w komputery, wkomponowani w pejzaże odpadów cywilizacji - to jest to!
Kiedyś, ponad dwa lata temu, ktoś nagabywał mnie, żebym zaprosił KAMIKAZE do Polski. U nas jak gdyby ta tradycja jeszcze się nie przetarła. Myślałem o wkomponowaniu ich soundsystemów w któryś Megapiknik Industrialny, z założenia ultra ekologiczną imprezę, która odbyła się dwa razy na terenie Nowego Portu w Gdańsku. Niestety - niedokończony, stalowy tunel o długości jednego kilometra rozebrano i nawet nie ma po nim śladu. Więc nie ma już pretekstu do Megapikniku. Chyba, że w innych okolicach.
Spodziewam się, że KAMIKAZE i tak wkrótce przyjadą bez pytania do naszego kraju. Póki co, warto podpatrywać, jak to sąsiedzi robią, bo tradycja tribal-party w terenie jest u nas zerowa, a zainteresowanych wielu...
Dr. MARCELO - magazyn ZERO listopad/grudzień 1997
I to właściwie tyle... Na koniec mogę dodać jeszcze, że KAMIKAZE pojawili się już w Polsce, ich sound system przyjechał na TEQNIVAL, który odbył się w dniach 20 - 23 lipca 2001 w Wołowie niedaleko Wrocławia. Impreza ta na tyle im się spodobała, że postanowili częściej odwiedzać nasz kraj (są plany sprowadzenia ich na przełomie wiosny i lata 2002). Poza tym didżeje grający na co dzień w KAMIKAZE już wielokrotnie grali w Polsce m.in. w Lubiążu, Wrocławiu, Łodzi, Toruniu (w toruńskim Pilonie 03.08.2001 grał Luigi - patrz: relacje).